piątek, 10 marca 2017

1. Nowe życie

Bella:

     Stałam przed wejściem do szkoły, nie będąc do końca przekonaną, czy aby na pewno chcę przekroczyć próg tego budynku. Wiedziałam, że kiedy to zrobię, rozpocznę swoje, jakby nie patrzeć, nowe życie... w nowym miejscu i z nowymi ludźmi.
     Podniosłam głowę i zobaczyłam ogromny napis nad głową International Community School. Nie było odwrotu. Podeszłam bliżej wejścia, przyciągnęłam do siebie ciężkie, stalowe drzwi i weszłam.
     Zdziwiłam się, kiedy ujrzałam puste korytarze. Nie pomyślałam, że mogę przyjść w trakcie zajęć lekcyjnych.
     Pierwsze, co kazano mi zrobić, to stawić się u dyrektora szkoły. Babcia chciała przyjść ze mną, ale powiedziałam, że poradzę sobie sama. Wiedziałam, że gdyby mi towarzyszyła, musiałaby odwołać swoje codzienne zajęcia. Pewnie nie miałaby nic przeciwko, zresztą ja również bym tego chciała, gdyby nie fakt, że kiedy jechałam do Miami, postanowiłam sobie, iż będę niewidzialna. Nie chciałam, aby babcia odczuła moją obecność. Owszem, widziałam radość babci z powodu mojego przyjazdu, ale jednak.., tak sobie postanowiłam i zdecydowałam się tego trzymać.
     Nigdy nie byłam w centrum uwagi... nigdy tego nie lubiłam. Kiedy chodziłam do młodszych klas, najczęściej trzymałam się na uboczu. Nie byłam wyalienowana, ale tak jakoś się złożyło. Zawsze starałam się być sobą, co bardzo dużej ilości osób najzwyczajniej w świecie się nie podobało. Bywały sytuacje, kiedy ze mnie szydzono i wytykano palcami, jednak nie przejmowałam się tym.
     Nie cierpię ludzi, którzy udają kogoś innego niż w rzeczywistości są. Chce mi się rzygać, kiedy patrzę na wszystkie wymalowane pindy, udające wielkie gwiazdy, znające się na modzie, sporcie i seksie. To samo dotyczy tępych osiłków, od których kipi testosteronem wymieszanym ze sterydami.
- Przepraszam, mogę ci w czymś pomóc? - usłyszałam cichy kobiecy głos.
     Odwróciłam się i ujrzałam niską, grubszą kobietę. Zgaduję, że dobiegała pięćdziesiątki. Miała czarne, kręcone włosy i ciemną karnację. Delikatnie się do mnie uśmiechała.
- Tak, chyba tak - odpowiedziałam niepewnie. Odkąd tylko pamiętam, byłam nieśmiała w kontaktach z nowopoznanymi ludźmi. - Mam stawić się u dyrektora, ale nie wiem, którędy iść.
- Jesteś nowa? - spytała, biorąc mnie pod rękę i prowadząc wzdłuż długiego, szerokiego i pustego korytarza.
- Tak, to mój pierwszy dzień - odpowiedziałam.
- Rozumiem. W takim razie życzę ci powodzenia i do zobaczenia na szkolnych korytarzach - powiedziała, kiedy skończyła tłumaczyć mi, jak dojść do gabinetu dyrektora.
     Powoli ruszyłam dalej, mając nadzieję, że zrozumiałam wszystkie wskazówki. Nie spodziewałam się, iż moja nowa szkoła będzie taka ogromna. Trzypiętrowy budynek układał się w literę U. 
     Kiedy dotarłam na wielki korytarz, straciłam orientację i ponownie nie wiedziałam, którędy pójść. Nie wiem, jak długo szukałabym odpowiednich drzwi, gdyby nie dziewczyna, która siedziała na jednej z ławek i czytała książkę. Podeszłam do niej i spytałam nieśmiało:
- Hej, możesz mi pomóc? - Widziałam, że niechętnie oderwała się od lektury, jednak nie pożałowała mi uśmiechu. Druga osoba, która była dla mnie miła. Byłoby dobrze, gdyby w tej szkole byli tylko tacy ludzie...
- Cześć, pewnie. O co chodzi?
- Mogłabyś zaprowadzić mnie do dyrektora? Jestem nowa i niezbyt ogarniam gdzie co jest...
- Jasne, chodź za mną - skryła książkę do torby, po czym wstała i pociągnęła mnie za rękę.
- Jak masz na imię? - zapytała.
- Bella, a ty?
- Jessica, miło mi - uśmiechnęła się szeroko.
     Nie spodziewałam się, że Jessica nagle się zatrzyma, przez co wpadłam jej na plecy. Brodą uderzyłam w łopatkę. Myślałam, że wypadły mi wszystkie zęby.
- Przepraszam... - mruknęłam, pocierając bolącą szczękę.
- Nie szkodzi, moja wina. Chciałam po prostu ci się przyjrzeć. Teraz widzę, że twoje imię bardzo do ciebie pasuje, rzeczywiście jesteś piękna. No może ta czapka bardziej pasuje do chłopaka, ale nie jest źle. Przynajmniej jest ładna.
- Taki mam styl - odparłam krótko, nie chcąc wdawać się w jakieś głębsze wyjaśnienia.
- Spoko. Tu, w tej głupiej szkole, jest wiele osób, które mają swój styl. Zobaczysz. I powiem ci w tajemnicy, że twój bardzo mi się podoba - Jessica poklepała mnie po ręce, po czym pokazała mi drzwi gabinetu dyrektora. Spojrzała na zegarek i pożegnała się, mówiąc, iż musi pędzić na lekcje. Podziękowałam jej za pomoc i, delikatnie pukając w drzwi, weszłam do środka.
     Sekretariat okazał się być wielkim pomieszczeniem, w którym zamiast ściany frontowej, było jedno wielkie, ścienne okno, które wpuszczało do środka dużo słonecznego światła. Biurko, za którym siedziała młoda sekretarka, ustawiono w taki sposób, że blokowało dojście do okna. Mahoniowy blat biurka pokrywała sterta papierów. Pod ścianą ustawiono rząd krzeseł. Musiałam przyznać, że to duży plus takie krzesła. W swojej starej szkole w Londynie, sekretariat był o połowę mniejszy od tego, a kiedy zebrało się trochę więcej osób, które chciały coś załatwić, musieli czekać na korytarzy, na którym również nie było gdzie usiąść.
- Dzień dobry - powiedziałam. - Nazywam się Bella Robinson. Dzisiaj rozpoczynam naukę, ale zanim to zrobię, kazano mi porozmawiać z dyrektorem.
- A, tak, pamiętam. Wejdź, pan dyrektorem na ciebie czeka.
- Dziękuję - powiedziałam cicho.
     Zapukałam, a kiedy usłyszałam głośne proszę, nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Gabinet dyrektora nie różnił się za bardzo od sekretariatu: duże okno, kilka kwiatów doniczkowych, biurko, komputer i wszystko to, co znajduje się w każdym dyrektorskim gabinecie.
- Witam. Przyszłaś sama? - spytał starszy mężczyzna. Przyjrzałam mu się. Na pewno był po pięćdziesiątce. Łysina, okulary w śmiesznych oprawkach, gładko ogolona twarz i krawat powodowały, że sprawiał wrażenie osoby, która urodziła się w tym dużym fotelu. Wyglądał mi na surowego, ale miałam nadzieję, że to tylko pozory.
- Dzień dobry. Tak, jestem sama. Babcia nie mogła mi towarzyszyć - odparłam, kiedy zajęłam miejsce, które wcześniej wskazał mi pan dyrektor, Tom Reed, jak przeczytałam z tabliczki.
- A rodzice? - zadał pytanie.
- Mama nie żyje, a tata został w domu, w Londynie - wspomnienia mamy nagle we mnie uderzyły. Musiałam bardzo się powstrzymywać, aby nie rozryczeć się jak dziecko.
- Rozumiem. Mogę wiedzieć, dlaczego postanowiłaś przeprowadzić się od ojca?
     Nie byłam pewna, czy szkoła powinna ingerować w moje sprawy osobiste, zwłaszcza, że nie byłam już małym dzieckiem. Stwierdziłam jednak, że jestem w innym kraju, gdzie panują inne obyczaje, dlatego odpowiedziałam:
- Chciałam uczyć się tutaj, w Miami, gdzie mieszka moja babcia. Dostałam pozwolenie od taty na rozpoczęcie nauki w innym mieście - miałam nadzieję, że takie wyjaśnienie mu wystarczy. Na całe szczęście tak było, bo nie pytał mnie więcej o sprawy prywatne. Dalsza część rozmowy przebiegła na serii standardowych pytań, następnie przedstawił mi regulamin szkoły, powiedział, czego będzie się ode mnie oczekiwać. Dyrektor przedstawił mi również możliwość wymiany językowej, z której od razu zrezygnowałam. Ja swoją wymianę miałam od tygodnia, kiedy przyjechałam do babci, zostawiając za sobą przyjaciół i życie, które wcześniej prowadziłam. Nie potrzebowałam innych wymian. Pod koniec rozmowy dyrektor Reed spytał się, czy czegoś potrzebuję. Lekko zażenowana poprosiłam o jakiś plan szkoły.
- To zrozumiałe. Prawie każdy nowy uczeń przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nie może połapać się, gdzie co jest. Proszę, oto twój plan zajęć i plan szkoły - rzekł, kiedy wręczał mi moje dokumenty.
- Dziękuję - powiedziałam.
- Teraz zaprowadzę cię do twojej klasy nowej klasy. Myślę, że będzie wszystko okej, i że spodoba ci się w naszej szkole.
     Nic nie odpowiedziałam. Poczułam gwałtowny przypływ stresu. Trochę bałam się tego, że nowi koledzy mnie nie zaakceptują. Owszem, tak jak wspominałam, często trzymałam się na uboczy. Nie znaczy to jednak, że lubiłam, gdy inni mnie wyśmiewali. Nie byłam masochistką nawet w minimalnym stopniu.
     Dyrektor szedł pierwszy, a ja powoli wlokłam się za nim, zastanawiając się, czy nie przesadziłam ze strojem. Białe jeansowe rurki, biały przewiewny T-shirt i różowe trampki składały się na mój dzisiejszy look. Miałam jeszcze białą czapkę, którą byłam zmuszona zdjąć. Długa grzywka przysłaniała moje prawe oko. Miałam nadzieję, że włosy jakoś się ułożyły, ponieważ nie miałam możliwości spojrzeć w lustro.
     Pan Reed wszedł pierwszy do klasy, a ja zaraz za nim. W środku siedziało ponad dwadzieścia osób. Postanowiłam jednak najpierw skupić uwagę na nauczycielce, którą była młoda, grubsza kobieta. Rude włosy obcięte modnie, aczkolwiek jak u chłopaka, dodawały jej charakteru.
- Dzień dobry wszystkim - usłyszałam głos dyrektora. A więc zaczyna się... - pomyślałam. - Miło nam przywitać nową uczennicę naszej szkoły. Mam nadzieję, że przyjmiecie ją ciepło do swojego towarzystwa i w razie jakichkolwiek problemów, pomożecie jej.
- Bardzo ciepło ją przyjmiemy! - krzyknął ktoś z tyłu. Spojrzałam tam, ciekawa, kto okazał się być klasowym błaznem i śmieszkiem. Wysoki dryblas z muskułami większymi niż głowa. Idiota.
- Zostawiam ją pod twoją opieką. Zaraz jadę na szkolenie - powiedział dyrektor nauczycielce, po czym zwrócił się do mnie - Myślę, że ci się u nas spodoba.
     Po sekundzie usłyszałam zamykane drzwi. Zostałam sama z nauczycielką i grupą kompletnie nieznanych mi rówieśników. Podniosłam głowę i patrzyłam ludziom w oczy. W mojej starej szkole często gościliśmy nowych uczniów, dlatego wiedziałam, jak się zachować. Nie mogłam spuszczać wzroku, bo wzięliby mnie za przestraszoną. Gdybym nic nie mówiła, uznaliby, że jestem dziwna, a w sytuacji, kiedy zaczęłabym nagle o sobie opowiadać, stwierdziliby, że jestem nienormalna, że wszystko wszystkim mówię. Dlatego właśnie postanowiłam dumnie podnieść głowę i odpowiadać na pytania, które, jeśli w ogóle, mi zadadzą.
- Ja nazywam się Evelynn Watson i uczę literatury - nauczycielka popatrzyła na mnie litościwie, delikatnie się uśmiechając. Chyba myślała, że jestem z tych, którzy wszystkiego się boją.
- Nazywam się Bella Robinson - powiedziałam głośno. Chciałam mieć pewność, że każdy to usłyszy. W Londynie miałam w klasie takich debili, którzy, kiedy nie usłyszeli imienia nowego ucznia, kpili z niego. Totalnie nie widziałam w tym sensu, ale co poradzić... są ludzie i parapety.
- Może powiedz kilka słów o sobie - zaproponowała nauczycielka. Skinęłam głową.
- Do Miami przeprowadziłam się tydzień temu. Wcześniej uczyłam się w Londynie, bo tam właśnie mieszkałam.
- Dlaczego się przeniosłaś? - spytał jakiś nieznany mi głos.
- Chciałam uczyć się w Stanach Zjednoczonych, a że moja babcia mieszka w Miami, zdecydowałam się na tę szkołę - wyjaśniłam. To pytanie powoli zaczynało mnie męczyć.
- Znasz tu kogoś? - spytała brunetka siedząca w pierwszej ławce. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam znajomy mi już głos.
- Tak, mnie zna. Bella, chodź, usiądź koło mnie.
     Spojrzałam w stronę, z której dobiegł głos. Jessica. Siedziała i uśmiechała się do mnie promiennie. Delikatnie odwzajemniłam uśmiech. W głębi duszy ucieszyłam się, że jest tutaj chociaż jedna znajoma mi twarz.
- Jeśli nie ma więcej pytań do Belli, to zajmij miejsce. Dzisiaj porozmawiamy o... - przestałam słuchać, o czym mówi pani Watson. Skierowałam się w stronę krzesła, które Jessica dla mnie odsunęła. Czułam na sobie wzrok ludzi, których mijałam, ale to akurat było zupełnie normalne.
- A więc jesteś u nas. No, no, nie spodziewałam się. I jak u dyrektora?
- Nie wiem, chyba normalnie. A miałoby coś być? - spytałam, nie rozumiejąc, o czym mówi.
- Nie był nieprzyjemny? W sumie racja, to jeszcze nie ta pora. Spróbuj pójść do niego z jakimś problemem tak za miesiąc, dwa, wtedy poznasz nowe oblicze tego starego pryka.
- Najlepiej go unikaj. Staruch czepia się wszystkiego - powiedział chłopak, który siedział przede mną.
- Bello, poznaj Boba Hendersona - przedstawiła Jessica.
- Miło mi - powiedziałam.
- Mnie również - uśmiechnął się, pokazując równe, białe zęby. Bob zdecydowanie był przystojny. Ciemne włosy postawione do góry dodawały mu chłopięcy urok. Wyglądał naprawdę fajnie.
- Jacy są ludzie w tej klasie? - spytałam, będąc bardzo ciekawą odpowiedzi.
- Hmm... jakby to powiedzieć... - zaczęła Jessica.
- Poznałaś wszystkich, którzy są normalni - powiedział Bob.
- Naprawdę? - spytałam zrezygnowana. Chyba oczekiwałam czegoś innego. Jessica w odpowiedzi skinęła głową, gdyż usta pełne jedzenia uniemożliwiały jej mówienie.
- Siostro, w tej szkole trzeba być suką, żeby przetrwać - powiedział Bob, po czym odwrócił się i z powrotem zajął się lekcją.
- On ma rację, Bello. Za dwa tygodnie zrozumiesz, o czym rozmawialiśmy - powiedziała Jessica.
- Dziewczęta, proszę o ciszę - usłyszeliśmy głos pani Watson. Świetnie, pierwsza lekcja, a ty już przeszkadzasz. Tylko tak dalej, a na pewno daleko zajedziesz... - usłyszałam swoje wewnętrzne ja.
     Przez resztę lekcji nie odzywaliśmy się do siebie. Próbowałam ogarnąć, o czym mowa na zajęciach, ale średnio mi to wychodziło, dlatego po dziesięciu minutach zrezygnowałam z nieudolnych prób i zajęłam się obserwacją moich nowych kolegów. Jessica zdążyła mi jeszcze pokazać, kto jest lizusem, kto dupkiem, a kto dziwakiem. Kiedy tak patrzyłam na innych, zdałam sobie sprawę, że miała rację. Jak to w większości przypadków bywa, lizusy siedziały w pierwszej ławce tuż przed nauczycielem, kujony w pierwszych ławkach po bokach klasy, dziwaki w środku, a tak zwana elita na tyłach, gdzie osiłki mogły obmacywać lalki...
     Nagle jeden z chłopaków przyłapał mnie, gdy się w niego wpatrywałam. Szybko odwróciłam wzrok i ponownie skupiłam się na lekcji. Stwierdziłam, że jeszcze będzie okazja, aby poznać nowych kolegów.

~~*~~

     Dzień minął mi całkiem szybko i bezproblemowo. Poza Jessica i Bobem, poznałam jeszcze Lory i Adama, którzy również okazali się całkiem sympatyczni. Oprócz nich, nie rozmawiałam z nikim innym. Czułam, że kilka osób chciało do mnie podejść, ale chyba nie zebrali się na odwagę. Nie dziwiłam im się, ponieważ ja byłam taka sama. Gdyby Lory i Adam, a wcześniej Jessica i Bob, nie odezwali się do mnie sami, ja raczej też bym nie zagadała. 
     Kierowałam się właśnie, razem z Jessicą i Bobem, w stronę wyjścia ze szkoły, kiedy usłyszałam męski głos, wołający Boba.
- Możecie poczekać? Muszę iść pogadać z Reedem - powiedział i szybko od nas odszedł. Trochę się zdziwiłam.
- Reedem? Czy to nie jest nazwisko naszego dyrektora?
- Tak, ale ten Reed to akurat jego dobra strona - odparła Jessica, szeroko się uśmiechając.
- Nie rozumiem.
- To jest jego syn. A dlaczego lepsza strona? Spójrz.
     Odwróciłam się. Minęło kilka chwil, zanim w tłumie osób znalazłam Boba. Rozmawiał z wysokim mężczyzną. Przyjrzałam mu się. Włosy modnie obcięte, trzydniowy zarost i ładny uśmiech. Sylwetkę miał czysto sportową. Był przystojny. 
- I jak? - dopytywała się Jessica, wyraźnie ciekawa mojego zdania.
- Jest w porządku - powiedziałam. Pomimo tego, że był przystojny, nie podobał mi się. 
- W porządku? On jest zajebisty! - krzyknęła, ściągając na nas wzrok mijających nas osób. Wzruszyłam barkami. 
- Kwestia gustu. Czego on w ogóle uczy? - spytałam od niechcenia.
- Wuefu, chociaż tak ogólnie zajmuje się tańcem. 
- To dlaczego uczy?
- Nasz wuefista miał wypadek samochodowy i nie będzie go do końca roku szkolnego. Staruszek nie chciał szukać kogoś innego, dlatego poprosił swojego syna, żeby do końca roku popracował w zastępstwie. Z tego co wiem, to kończył wychowanie fizyczne, także z tym nie było problemu.
- Eeem... okej - odpowiedziałam niepewnie. Chyba nie chciałam wiedzieć, skąd Jessica ma te informacje.
- Spokojnie, dużo się w szkole o tym mówi. Jutro mamy wf, także poznasz naszego pana przystojniaka - powiedziała.
- Jak to? To my nie mamy z kobietą? - spytałam zdziwiona.
- Nie. Od dwóch lat w tej szkole mamy wf razem z chłopakami, tylko szatnie są osobne - dzięki Bogu, pomyślałam. - Dyrektor zdecydował, że zajęcia koedukacyjne dobrze wpłyną na nasze wychowanie. Stwierdził, że w obecnych czasach wszędzie mamy styczność z seksualnością, a czym bardziej ją znamy, tym jesteśmy bezpieczniejsi. Coś w tym stylu. 
- Ach, rozumiem. 
- Możemy iść - usłyszałyśmy głos Boba. - Gram w siatkówkę, a za kilka tygodni mamy zawody i musiałem umówić się na treningi - wyjaśnił, zwracając się do mnie. Skinęłam głową w geście zrozumienia. 

     Prawie godzinę później siedziałam w pokoju, w domu babci. Pierwsze kilka dni nie mogłam przyzwyczaić się do nowego łóżka, nowej szafy. Wszystko tutaj było zupełnie inne niż w domu. Tata zarabiał bardzo dużo, przez co skromny wystrój panujący w domu babci tak bardzo różnił się od tego, co zostawiłam w Londynie.
     Wygodne, ogromne, wodne łóżko, zamieniłam na podwójne skromne łóżko. Niewielki pokój służący jako garderoba zamienił się w starą, dębową szafę, która nie byłą w stanie zmieścić nawet połowy moich ubrań. I musiałam przyznać, że bardzo mi się to podoba. Nigdy nie przepadałam za przepychem, dlatego taka odmienność przypadła mi do gustu. 
     Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. Musiałam przeanalizować cały dzień. Rozmowa z dyrektorem, która była nijaka, potem poznanie nowych osób. Uśmiechnęłam się do siebie, kiedy przypomniałam sobie Jessicę i Boba. Miałam przeczucie, że się zaprzyjaźnimy. A co z resztą ludzi? Sama nie wiem. Wiedziałam jednak, że wolałabym być teraz w Londynie, gdzie mogłabym pożartować i poplotkować z moją przyjaciółką, Charlotte. Nie chciałam dowiadywać się, co przyniesie jutro...

----------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział pierwszy skończony. Mam nadzieję, że wam się spodobało i że zostaniecie ze mną na dłużej. Zachęcam do komentowania! Chcę wiedzieć, czy ktoś tu w ogóle jest! :) Pozdrawiam :*